Jej misja – to misje! [WYWIAD]

43
0

W niedzielę, 18 października już po raz 94 przeżywamy Światowy Dzień Misyjny. W tym roku towarzyszy mu hasło: Oto ja, poślij mnie.

Rozmawiamy z siostrą Anną Jarosz ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek św. Piotra Klawera w Świdnicy, referentką Referatu Misyjnego Świdnickiej Kurii Biskupiej, a przede wszystkim Misjonarką.

wakcji24.pl: Kiedy pojawiło się u Siostry pragnienie wstąpienia do zakonu i dlaczego wybrała Siostra Zgromadzenie Sióstr Klawerianek?

Siostra Anna Jarosz: Moim pierwszym powołaniem wcale nie było powołanie do zakonu, tylko powołanie misyjne. Kiedy byłam w czwartej klasie szkoły podstawowej, przyjechał do nas misjonarz – opowiadał o trudnej sytuacji w Kongo i o sytuacji mieszkających tam dzieci. Dziś wiem, że to było takie pierwsze ziarno zasiane w moim sercu. Pomyślałam sobie wtedy: „Boże, jak tak jest na świecie, to ja chcę coś dla tego świata robić”. Od tamtej pory zastanawiam się, co to mogłoby być. Kiedy byłam w siódmej klasie, poszłam do mojej biblioteki parafialnej, popatrzyłam na różne czasopisma misyjne i tak sobie pomyślałam: „Wezmę najmniejsze, żeby włożyć do kieszeni, żeby mnie nikt nie pytał, co to jest, żebym nie musiała się nikomu tłumaczyć”. Było to „Echo z Afryki i innych kontynentów”, które wydawały siostry klawerianki. Tam w środku były takie słowa: „Jestem zainteresowana waszym powołaniem. Proszę o informacje”. A ja napisałam: „Nie jestem zainteresowana waszym powołaniem, ale chciałabym coś robić dla
misji”.

wakcji24.pl: Ziarno zakiełkowało… Jakie były pierwsze działania młodej dziewczyny?

– Zastanawiałam się jak mogę pomagać tu, gdzie jestem. Wtedy, dzięki inspiracji Sióstr
Klawerianek, założyłam grupę misyjną dzieci. Siostry przysyłały mi materiały i tak zaczęła
się moja przygoda z misjami. Miałam grupkę misyjną i tam wspólnie działaliśmy na rzecz
misji. Cały czas miałam też kontakt z siostrami klaweriankami, one ciągle przysyłały mi
ciekawe materiały misyjne. Często rozmawiałam z Siostrami, które dzieliły się ze mną
wiadomościami z misji. No i przyszło liceum. Uwielbiałam wtedy chodzić po górach. Jestem z Nowego Sącza, więc w każdej wolnej chwili uciekałam w góry. To takie szczególne miejsce, gdzie można się wyciszyć. W odkrywaniu powołania potrzeba ciszy – i tak słuchałam w górach szumu liści, górskich potoków, mijałam drewniane kościółki. W jednym z nich w gablocie był cytat, który do dziś pamiętam: „Wsłuchaj się w ciszę, a usłyszysz głos Boga”. Zaczęłam poważnie myśleć o życiu zakonnym.

wakcji24.pl: Jeśli troska o misje, to Siostry Klawerianki?

-Tak, wybrałam się na rekolekcje do Sióstr Klawerianek. Na zakończenie otrzymałam od
Sióstr książkę błogosławionej Marii Teresie Ledóchowskiej. Szybko ją przeczytałam i to, co
mnie uderzyło od razu, to fakt, że błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska nigdy nie
wyjechała na misje, nigdy nie wyjechała do Afryki, a została ogłoszona Matką Afryk.
Pomyślałam wtedy: „Boże, przecież to jest właściwie to, co ja od czwartej klasy szkoły
podstawowej chciałam robić. Przecież ja żyłam tym charyzmatem już jako dziewczynka, nie wiedząc w ogóle o błogosławionej Marii Teresie Ledóchowskiej. Przecież ja mogę tyle zrobić dla misji, będąc w Polsce. Mogę za misje ofiarować dar modlitwy, dar cierpienia”. To był taki moment zwrotny. I tak po maturze wstąpiłam do Sióstr Klawerianek i jestem w tym Zgromadzeniu już 23 lata.

wakcji24.pl: Bóg jednak posłał Siostrę do Afryki… Jak Siostra wspomina tamte lata? Co dawało radość, a co przysparzało trosk?

-Po dwudziestu latach bycia w zakonie miałam doświadczenie wyjazdu z młodzieżą do
Rwandy. W Rwandzie budowaliśmy dom dla samotnej mamy trójki dzieci. Na tę budowę
przychodziło mnóstwo dzieci. Dotknąć, przytulić dziecko, które jest głodne, które ma chorobę głodową, duży brzuszek – to było mocne przeżycie dla mnie. Te dzieci nie miały butów, nie miały czystych ubrań, śmierdziały, wręcz cuchnęły, ale chciały się przytulać. I to jest niesamowite, że mi to zupełnie nie przeszkadzało. W tych dzieciach widziałam oblicze Pana Jezusa.
Blisko nas była Denis, córka pani Angeliki, dla której budowaliśmy dom. Zauważyłam, że ta dziewczynka, która miała gdzieś ze trzy latka, co raz zrywała kłosy traw i brała je do buzi. Myślałam w swojej naiwności, że pewnie smakuje jej ten sok. Dopiero misjonarz, mnie oświecił: „Nie, siostro. Ta dziewczynka jest tak głodna, że ssie trawę, żeby zabić głód”.
Żyliśmy wśród plemienia, które jadło raz na dwa, trzy dni. Można sobie wyobrazić, jaki był
tam głód. Inna sytuacja: poczęstowałam małą dziewczynkę cukierkiem. Ona pierwszy raz coś takiego na oczy widziała. Odwinęła go z papierka, włożyła do buzi i po chwili wypluła na rączkę. Więc ja pomyślałam, że jej ten cukierek nie smakuje. Ona jednak potarła cukierkiem rączkę i włożyła go do buzi, possała i znowu wypluła, ale na drugą rękę i zaczęła ją lizać.
Ksiądz mi powiedział: „Siostro, ta dziewczynka jest bardzo mądra. Ona wie, że gdyby tylko ssała tego cukierka, to cukierek by się bardzo szybko skończył. On jej bardzo smakuje i chce ten smak czuć dłużej”. Ja na to patrzyłam z przerażeniem, bo ona miała bardzo brudne rączki. To były takie doświadczenia, które nawet trudno opisać. I jeszcze jedna historia. Był tam też chłopiec, miał może z dziewięć lat. Zaadoptowała go rodzina z Polski i dzięki jej pomocy finansowej mógł chodzić do szkoły. Ale miał on jeszcze troje rodzeństwa i mamę. Więc ten chłopak chodził po szkole pracować, żeby zarobić na jedzenie dla swojej rodziny. Nosił na głowie pełne wiadro z ziemią. To był wielki ciężar, dużo za duży dla takiego małego dziecka. Zapytałam też wtedy księdza Zdzisława o to, co jest dla niego najtrudniejsze w posłudze na misjach. On mówi: „Wiesz, siostro, najtrudniejsze jest to, że stajesz przed trudnymi wyborami, bo wiesz, że nie możesz pomóc wszystkim”. Ale ja widziałam jedno. Odkryłam tam niesamowitą rzecz, jak patrzyłam na przykład księdza Zdzisława, który przychodził z nami na tę budowę, że on nie mógł pomóc wszystkim, ale tak naprawdę – pomagał. On poświęcał swój czas. Zatrzymywał się nad każdym, kto tego potrzebował. Przytulił, mimo że ktoś był cuchnący, wysłuchał go, powiedział jakieś dobre słowo. To jest właśnie to, czego nam w Europie bardzo brakuje. Tego zatrzymania się, poświęcenia czasu drugiemu człowiekowi, posłuchania go, uśmiechnięcia się do niego, przytulenia.

wakcji24.pl: W jaki sposób my, mieszkańcy diecezji świdnickiej, możemy dzisiaj wspierać misje?

-Każdy z nas może być misjonarzem w swoim środowisku. Przede wszystkim przez dar
modlitwy. Modlitwa to najpiękniejszy prezent jaki możemy ofiarować drugiemu
człowiekowi. Pamiętajmy w naszych modlitwach o misjonarzach i tych do których zostali posłani. Ofiarujmy w ich intencjach nasze cierpienia i jeśli możemy wspierajmy działalność
misyjną kościoła naszymi ofiarami.
Na koniec opowiem historię, dla mnie bardzo ważną i piękną, którą usłyszałam od jednej
siostry zakonnej. Przed wystawą sklepu obuwniczego stoi dziecko afrykańskie i sobie myśli: „Panie Boże, żebym chociaż raz w życiu mógł mieć buty na nogach, ale moich rodziców na nie stać”. Pochodzi do tego dziecka turystka z Europy i pyta, dlaczego jest ono smutne. Ono jej opowiada, że marzy o butach, ale nigdy ich nie będzie miało, bo jego rodzice są biedni.
Kobiecie żal się zrobiło chłopaka, wzięła go do sklepu, kupiła mu wymarzone buty i poszła.
Chłopak był w szoku, nie bardzo rozumiał, co się dzieje, więc wybiegł za tą panią i woła:
„Proszę pani, proszę pani!” „Tak słucham cię chłopcze, w czym ci jeszcze mogę pomóc?” A
chłopiec pyta: „Czy pani jest żoną Pana Boga?”. „Nie, ja jestem tylko odbiciem Jego twarzy” – odpowiedziała.

wakcji24.pl: Jakie słowa skierowałaby Siostra do naszych Czytelników?

Drodzy Czytelnicy czasopisma w-Akcji. Nawiązując do opowiadania, życzę sobie i Wam,
byśmy w codziennym życiu byli Obliczem twarzy Pana Boga przez czynioną dobroć,
uśmiech, przebaczenie i miłosierdzie. Szczęść Boże!

Rozmawiała Małgorzata Wawszczyk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here