Aby człowiek stał się jak Bóg

53
0

Nie ma w tym nic złego, że Noc Bożego Narodzenia jest sentymentalna, nastrojowa, pełna cudowności, bo chrześcijaństwo przecież jest „niepoprawną historią”, która wnosi w myśl świata niepoprawny optymizm wiary, drażniący sceptyków swoją ufnością w coś, co w bajkach nazywamy „dobrym zakończeniem”, gdzie zło zostaje ukarane, a dobro zwycięża.

Niedobrze się jednak dzieje, gdy sprawę Wcielenia Boga rozbraja się z jego prawdziwej
energii. Święto Bożego Narodzenia uproszczone do obchodów „kolejnych urodzin Pana
Jezusa” jest wprawdzie całkiem znośne dla komercyjnego świata, gdyż jest prawie
kompletnie niegroźne z punktu widzenia pewnego status quo, w którym człowiek
współczesny wygodnie tkwi. Jest niegroźne, bo nic nie zmienia. Jest nawet korzystne w
tym sensie, że statystyczny świętujący „klient” wcale nie nawraca swojego systemu
wartości, a jeszcze przynosi wymierne zyski. Czyli kolejne ferie w miłej, rodzinnej
atmosferze. Święty spokój.
Jednakże Wcielenie Boga właśnie od początku nie miało nic wspólnego z tzw. świętym
spokojem, ba, było groźne dla świata bez Boga. I od początku u niektórych rodziło
niemiłe przeczucia. Współczesny świat też nie bardzo lubi słuchać niepokojącego
przesłania, że człowiek bez Boga jest w pułapce bez wyjścia i że Mesjasz nie przybył na
świat tylko po to, aby nucono Mu „Lulajże, Jezuniu”.

Urodziny czy początek wojny

Tymczasem w Narodzenie Pańskie wcale nie chodzi o kolejne „urodziny Pana Jezusa”. Po
pierwsze, jak wiemy, data 25 grudnia jest symboliczna: tego dnia (gdy następuje zimowe
zrównanie dnia z nocą i przewaga słońca nad księżycem) obchodzono w pogańskim
Rzymie święto „Słońca niezwyciężonego”, które w IV w. Kościół rzymski „przejął” i
„ochrzcił”, aby przyciągnąć nowych wiernych do Chrystusa, zwanego biblijnie
„wschodzącym Słońcem sprawiedliwości” (Ml 3,20) 1 . Po drugie Jubilat nie jest znany z
nadmiernej chęci do urodzinowych uroczystości, a już na pewno nie miałby ochoty
zdmuchiwać na nową modłę ponad dwu tysięcy świeczek na monstrualnym torcie
urodzinowym. Po trzecie wreszcie, od samego początku Jezus Chrystus miał jedną misję:
zbawienie człowieka poprzez naprawienie korzenia grzechu, nieposłuszeństwa.

Dlatego właśnie Narodzenie Pańskie, należące w najstarszej wschodniej tradycji do
święta „Epifanii” (Objawienia), czyli jawnego wkroczenia Boga w ludzki świat, w
rzeczywistości jest całkowitym zaprzeczeniem świętego spokoju, ono wprowadza
„święty niepokój”: oto Bóg angażuje się tak bardzo w walkę o człowieka, że nie da się
teraz już tego cofnąć, a wojna pochłonie wiele ofiar, z których pierwszą będzie sam Bóg-
Człowiek. Wkroczenie Mesjasza na świat wzbudza więc niepokój o losy tej wojny, święty
niepokój.

Blask Cichej Nocy przenieść w jasny dzień

„Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem” – mówi św. Augustyn, a liturgia
Narodzenia Pańskiego dopowiada, że dla człowieka oznacza to wielkie zadanie:
„uczestnictwo w Bóstwie jedynego Syna, który przyjął naszą ludzką naturę”. Jak tego
dokonać? W kolekcie „Mszy o świcie”, gdy po wzruszeniu Cichej Nocy trzeba wstać i żyć
dalej, padają znamienne słowa: „niech w naszych czynach odbija się światło, które przez
wiarę jaśnieje w naszych duszach”. A zatem po to serca nasycają się tej nocy słodyczą
Boskiej tajemnicy, aby o poranku zmierzyć się z codziennością w jasnym świetle dnia i
dawać świadectwo Ewangelii, być odbiciem Boga, przetłumaczyć śpiewny język duszy
na konkretny język czynów.
W rzeczywistości bowiem Jubilatem tych „urodzin” jest każdy człowiek, któremu dzięki
narodzeniu Chrystusa została otwarta droga do stania się przybranym synem i córką
Boga. To dlatego świąteczne życzenia składamy nie Panu Jezusowi, a sobie nawzajem.

ks. dr Dominik Ostrowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here