Refleksja na Wielkanoc

  • Napisany przez:

Dobrym punktem wyjścia rozważań wielkanocnych jest uświadomienie sobie, że kiedyś chrześcijanie udzielali Chrztu Świętego tylko raz w roku: właśnie podczas Wielkanocy, a konkretnie w Wielką Noc z Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną, podczas Wigilii Paschalnej.

Czyniono tak dlatego, żeby podkreślić ścisły związek Chrztu z wydarzeniem Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa. Warto też pamiętać o tym, że sam Jezus przyjął chrzest z rąk Jana – nie był to jednak chrzest w naszym rozumieniu tego słowa. Chrzest Jana bowiem był wyrazem przyznania się do winy i pragnienia zbawienia – nie był doświadczaniem zbawienia, jak Chrzest chrześcijański, ale uznaniem potrzeby zbawienia.

Jak podają Ewangelie, osoby przyjmujące chrzest z rąk Jana głośno wyznawali swoje winy w chwili wychodzenia z wód Jordanu. Właśnie o to chodziło: o przyznanie się, że jestem grzesznikiem, że nie jestem w stanie być świętym, nie jestem w stanie być obrazem i podobieństwem Boga i że potrzebuję zbawienia – tego zbawienia, które zapowiedział Bóg po grzechu Adama. Adam po grzechu schował się przed Bogiem: to wyraz z jednej strony wstydu i lęku wobec Boga, a z drugiej wyraz bardzo niebezpiecznego przekonania, że poradzę sobie sam. To jest bardzo wielki błąd, jaki popełnił Adam i jaki nam przydarza się nazbyt często popełniać: z jednej strony mamy świadomość winy, z drugiej jednak zostajemy sami z moją winą, z moim błędem, w przekonaniu, że jakoś to będzie, jakoś dam radę… Gdybym natomiast miał przekonanie, że absolutnie sam sobie nie poradzę, wówczas nigdy nie skazałbym się na samotne mierzenie się z tym wszystkim – wówczas wbrew lękowi, poczuciu winy, wbrew wszystkiemu szedłbym po pomoc do Boga. Proszę zauważyć, jak często miesiącami chodzimy z grzechem na sumieniu, nie korzystając z Sakramentu Pokuty: to jest właśnie schemat Adama, który uważa, że jakoś sobie poradzi… Gdybym miał tę świadomość, do jakiej nawoływał Jan Chrzciciel: świadomość, że jestem bezsilny i bezradny wobec rzeczywistości grzechu, wobec moich słabości, błędów, niedoskonałości – to wbrew wszystkiemu garnąłbym się ku Bogu w dogłębnym przekonaniu, że potrzebuję zbawienia od Niego, że sam siebie nie zbawię. I właśnie o to chodziło Janowi, właśnie to było sedno jego misji: żeby ludzie uznali, że potrzebują zbawienia, potrzebują Zbawiciela, że sami sobie nie poradzą. Nie da się spotkać Jezusa, jeśli wcześniej człowiek nie spotkał się z Janem Chrzcicielem, właśnie w takim sensie: dojścia do przekonania, że jestem grzesznikiem i że o własnych siłach sobie z tym nie poradzę, że potrzebuję Zbawiciela. No i tu pomału zaczynami widzieć, że fakt przyjęcia chrztu z rąk Jana przez Jezusa rodzi palące pytanie: jeśli to był chrzest wyznających winy i uznających potrzebę Zbawiciela to co robi w szeregu grzeszników właśnie On, Zbawiciel? Sam Jan był tym faktem zdziwiony. A tymczasem właśnie o to chodzi w zbawieniu: że On, bezgrzeszny i święty Bóg, święty absolutną świętością, staje w szeregu grzeszników aby nam ukazać, do jakiego stopnia On, Bóg, z nami się utożsamia: we wszystkim, prócz grzechu. On nic złego nie uczynił – a jednak zdecydował się towarzyszyć nam w naszym losie grzeszników. Właśnie to jest niezwykła informacja płynąca z faktu chrztu Jezusa: On, bezgrzeszny, zdecydował się wejść w los grzeszników, by doprowadzić ich z powrotem do Ojca.

Prawdę mówiąc to gdy się nad tym zastanowić, to sprawa jest z punktu widzenia czystej logiki oczywista: jeśli ktoś chce mnie odnaleźć, musi przyjść tam, gdzie ja się znajduję. Gdzie się znajduje grzesznik? W konsekwencjach swojego grzechu, które to konsekwencje Tradycja nazwała zbiorczo otchłanią, względnie „piekłami”. Właśnie dlatego mówimy o zstąpieniu Jezusa do otchłani bądź „piekieł”. O to w tym chodzi: w Jezusie Bóg absolutnie święty wszedł w los nieświętych grzeszników, by ich odnaleźć w ich grzechu i słabości i doprowadzić z powrotem do siebie – przekonać o swojej Miłości, a w konsekwencji przekonać, by dali się wziąć na ramiona i wnieść z powrotem do Domu Ojca, do którego sami wrócić nie są w stanie. Właśnie to jest wyznanie Miłości Boga do nas: że On wszedł w nasz los, w los grzeszników. On, który nie zna grzechu. Bo w oczach Jego Miłości jesteśmy tego warci: by za taką cenę nas odnaleźć i sprowadzić z powrotem do Ojca.

I właśnie to oglądamy w czasie Męki i Śmierci Zbawiciela: On naprawdę i do końca wchodzi w los grzeszników, o czym świadczy fakt, że Jezus jest ukrzyżowany między dwoma łotrami, których Ewangelia dosłownie nazywa złoczyńcami. I żebyśmy nie mieli wątpliwości, to Ewangelie przytaczają świadectwo jednego z nich, tradycyjnie nazywanego Dobrym Łotrem: On nic złego nie uczynił – a my sprawiedliwie, całkiem słusznie odbieramy zapłatę za nasze uczynki. Za nasze zło-czynienie. Dobry Łotr to odkrywa: ja jestem tym, który czyni zło. Jestem grzesznikiem i to, co mnie spotkało, jest słuszną i sprawiedliwą konsekwencją zła, które czyniłem. Ale On? On przecież jest dobro-czyńcą: w opisie stworzenia świata Biblia jak refren powtarza, że to, co uczynił Bóg, jest dobre. Bóg jest dobro-czyńcą. To ja jestem zło-czyńcą, wprowadzam chaos i bałagan w porządek dobra i miłości. I ponoszę tego skutki – sprawiedliwie… Narobiłem bałaganu – to teraz mam bałagan. Co gorsza, my wszyscy nawzajem sobie czynimy zło i czynimy bałagan. I wszyscy ponosimy tego skutki. A Bóg w Jezusie wchodzi w nasz los – los czyniących zło, chaos i bałagan, On Dobro-Czyńca – wchodzi by razem z nami doświadczać naszego losu, by nam pokazać naszą wartość w Jego oczach, w oczach Jego Miłości oraz udowodnić, że Jego pragnienia byśmy byli jak On nie zgasło, nie minęło. To właśnie widzimy na Krzyżu, gdy Jezus woła: PRAGNĘ! On wciąż chce – nawet w obliczu śmierci krzyżowej.

I właśnie to przeżywamy w czasie Wielkanocy, a konkretnie w czasie Triduum Paschalnego. Przeżywamy wchodzenie Jezusa aż na dno naszego losu grzeszników, zło-czyniących. Patrzymy na Jego zstępowanie aż na dno naszego losu: aż po Krzyż i śmierć, aż po złożenie do grobu – by potem odkryć w Noc Zmartwychwstania, że On to wszystko pokonał. Że zszedł aż na dno, wszedł w to co dla nas jest niepokonalne i nie do przejścia: wszedł w cierpienie, w Krzyż, w Mękę, w Śmierć – by nawet tu nam towarzyszyć. I pokazał, że jeśli tylko w całym naszym losie nauczymy się przeżywać i widzieć Jego Obecność, jeśli w całym naszym losie uchwycimy się Jego, który nam towarzyszy za cenę Krzyża, to On ostatecznie wszystko zwycięży. Jeśli jak Dobry Łotr zauważymy, że On jest tutaj z nami, On który nic złego nie uczynił jest z nami w naszym losie zło-czyńców, jeśli tylko jak on, Dobry Łotr, skupimy się na Jego Obecności i Jego Miłości, która nawet w losie zło-czyniących nas nie opuściła, jeśli jak Dobry Łotr pozostaniemy w swoim krzyżu codziennym do końca, wierząc niewzruszenie, że On mi w tym krzyżu towarzyszy, jeśli pójdziemy z Nim do końca, to On przeprowadzi nas przez każdy krzyż, nawet przez śmierć. Jeśli uwierzę temu, co widzę w Chrystusie umęczonym i zmartwychwstałym, którego spotykam w czasie Triduum Paschalnego, ale też w czasie każdej Eucharystii, jeśli zauważę w pokorze właśnie to: że ja, grzesznik, słusznie doświadczam takiego a nie innego losu, a On, dobro-czyńca bezgrzeszny i trzykroć święty jest ze mną w moim losie, to wówczas dojdzie do mnie głębia Jego Miłości i zapragnę pójść z Nim wszędzie, nawet najbardziej nieznaną i nieatrakcyjną drogą. Właśnie o to chodzi: bym coraz głębiej i coraz bardziej widział to, że On jest naprawdę ze mną w moim losie, w mojej codzienności. Że nie jestem tutaj sam, że nie jestem zdany na samego siebie, że On mi towarzyszy właśnie po to, by dźwignąć mnie nawet z najgorszego upadku, nawet z grobu.

ks. Wojciech Drab

Nasi partnerzy