Czy dostrzegasz działanie Boga w swoim życiu? 

Czy dostrzegasz działanie Boga w swoim życiu? 

Takie pytanie usłyszałam kilka lat temu. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, choć zawsze byłam w Kościele – coniedzielna Msza Święta, piesze pielgrzymki na Jasną Górę, piątkowe Msze św. dla młodzieży. To pytanie przynagliło mnie do tego, aby głębiej przyjrzeć się swojemu życiu, wydarzeniom i sytuacjom, które mnie spotkały.

Mojego przyszłego męża poznałam w dość nietypowych okolicznościach. Pewnego piątkowego poranka, Kasia, moja koleżanka z liceum, zapytała, czy nie chciałbym pójść z nią wieczorem do kościoła. Większość moich znajomych w tym czasie wychodziła do pubu albo do klubu potańczyć. Mnie tam nigdy nie ciągnęło. Szukałam swojego miejsca, ale bezskutecznie. Z ciekawości zgodziłam się i zostałam na dłużej. Podczas Mszy św. dla młodzieży, które odprawiane były w kościele pw. Świętego Krzyża w Świdnicy zrodziły się piękne przyjaźnie, które trwają po dziś dzień. Tam też zrodziła się nasza miłość. Z perspektywy czasu widzę, że Bóg zaprowadził mnie w tamto miejsce, a efektem tego jest nasze małżeństwo. Ale żeby nie było tak kolorowo, miłość nie przyszła od razu. Przynajmniej nie z mojej strony. Gdy poznałam Krzysztofa, pomyślałam o nim – „fajny chłopak”, ale nie zwróciłam na niego uwagi, jak na kogoś z kim można próbować tworzyć związek. Dopiero po kilku miesiącach Krzysiek pojawił się znowu na horyzoncie. I został na zawsze. Już wtedy Bóg wiedział. Połączyły nas wspólne piątkowe Eucharystie, podobne patrzenie na świat, podobne wartości i plany na przyszłość. 

      W maju, po prawie 4 latach znajomości i po 2 latach narzeczeństwa, przyrzekliśmy sobie przed Bogiem, naszymi rodzinami, przyjaciółmi i znajomymi, miłość, wierność, uczciwość małżeńską i że nie opuścimy się aż do śmierci. W lipcu oboje ukończyliśmy 3 rok studiów. Krzysiek studiował we Wrocławiu automatykę i robotykę, ja obroniłam pracę licencjacką i zdobyłam tytuł zawodowy nauczyciela języka polskiego na wałbrzyskiej uczelni. Trzy lata rozłąki sprawiły, że chciałam kontynuować naukę obok męża. Dostałam się na filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, zostałam również przyjęta na podyplomówkę z poradnictwa rodzinnego. Odliczaliśmy czas do wspólnego wyjazdu do Wrocławia, gdzie mieliśmy zamieszkać w mieszkaniu studenckim. Pamiętam moją radość na ten wyjazd. Przed nami malowały się wspaniałe dwa lata wspólnego studiowania we Wrocławiu. 

Początki naszego małżeństwa nie były łatwe. Byliśmy młodzi, rzuceni na głęboką wodę. Wcześniej nie mieszkaliśmy razem, nie znaliśmy swoich przyzwyczajeń i nawyków. Irytowałam się na wszystko, co mój mąż robił. Cokolwiek by nie zrobił, zawsze było źle. On z kolei denerwował się, że wszystko musiało być po mojemu… Lecz pomimo „docierania się”, patrzyliśmy z nadzieją w przyszłość. Perspektywa była wspaniała – w ciągu tygodnia zajęcia na uniwersytecie, a w weekendy studia z poradnictwa. Ale Ktoś miał inny plan na nasze życie. Kiedyś wydawało mi się, że wszystko zależy ode mnie. Że moje sukcesy i porażki są zależne tylko i włącznie ode mnie. Że to ja jestem panem własnego losu. Po latach, dzięki słuchaniu słowa Bożego, zorientowałam się, że Bóg był przy mnie przez całe życie, w sytuacjach trudnych i smutnych, radosnych i wesołych. Potrzebowałam trochę czasu, żeby dostrzec, że wszystkie wydarzenia mojego życia były dobre w oczach Boga. Bóg dopuścił do nich z miłości i troski o mnie. 

Zbliżam się do czterdziestki. Od szesnastu lat jestem żoną jednego męża. Ukończyłam studia z filologii polskiej z dziennikarstwem, poradnictwo rodzinne oraz wychowanie przedszkolne i edukację wczesnoszkolną. Nigdy w powyższych obszarach nie pracowałam, pracowałam za to jako bankier. Z zamiłowania jestem florystką, a na co dzień matką siódemki dzieci. Dziś wiem, że to Bóg wybiera i kieruje moim życiem.

        Agnieszka Tyndel-Kowalska

Nasi partnerzy