Czyje to w końcu narodzenie?

Czyje w to w końcu narodzenie? Boże, czyli… nasze

Na naszych oczach dzieje się to, co wydawało się jakiś czas temu wręcz nierealne. Coraz więcej ludzi nie do końca wie, co właściwie świętuje 25 grudnia. A może nie chce wiedzieć?

Z niepokojem patrzę, jak z roku na rok Bóg wymazywany jest z Bożego Narodzenia. Jedni mówią, że to amerykanizacja społeczeństwa, pewne trendy, które przychodzą do nas z zachodniego świata. Inni, że sami sobie gotujemy ten los. Nie da się ukryć jednak, że to postępuje. W okresie przedświątecznym – coraz rzadziej nazywanym Adwentem – obserwujemy festiwal różnego rodzaju symboli: choinek, bombek, gałązek, mikołajów, bałwanków. Rzadko spotyka się tradycyjną szopkę z Panem Jezusem w żłóbku i pochylonymi nad nim Maryją i Józefem. Człowiek idzie na jarmark bożonarodzeniowy z nazwy, ale to jarmark… właściwie jaki? Świąteczny? Zimowy? Znajdziemy na nim wszystko – od kapci przez słodkości w każdym kształcie, ale o Dzieciątku ani słowa.

I żeby było jasne, nie uważam, że na każdym rogu i w każdym sklepie wszystko powinno krzyczeć „Jezus, Jezus!”, ale atmosfera komercji niewątpliwie wypycha chrześcijański charakter świąt. Takim bardzo dobitnym przykładem był choćby warszawski świąteczny plakat z życzeniami, na którym właściwie nie ma nic, co przypominałoby powód świąt (włącznie ze śniegiem, którego brakuje ostatnio). Najsłynniejsze życzenia na świecie: „Wesołych świąt” zna chyba każdy, ale czy każdy rozumie, z jakiego powodu my się weselimy?

Dygresja – co ciekawe, zauważyłem, że coraz większe zdziwienie powoduje stwierdzenie: „błogosławionych świąt” – chyba już zbyt mocno kojarzy się z wiarą, Kościołem i religią. Tak jakby ludzie lękali się błogosławieństwa.

A więc radość – prezenty, rodzinne spotkanie przy stole, niepowtarzalna atmosfera. Tak dzisiaj wielu postrzega świąteczny czas (Christmas time). Ja zaś zadaję sobie pytanie, to czemu czekają z tym do 24 czy 25 grudnia? Również dobrze można sobie takie wieczór wigilijny zorganizować np. w drugą sobotę czerwca. Albo jak już bardzo chcemy mieć niskie temperatury na dworze, może być druga sobota lutego. Po prostu wtedy, kiedy nam osobiście najwygodniej. Niech każdy sobie wybierze.

Jeśli z Bożego Narodzenie wykorzenimy Boga, staje się ono nielogiczne i zamienia się w czas wolny, takie „ferie świąteczne”. Czyli chrześcijanie świętują, a cały świat po prostu wtedy odpoczywa (np. oglądając Kevina, który znowu jest sam w domu!).

I co dalej? Mamy na to po prostu patrzeć, wzruszać ramionami, a może zżymać się, denerwować, biegać i tłumaczyć w co drugim sklepie, że kartki z bombkami to kpina, bo nie ma szopki? To bynajmniej nie w moim stylu. Kiedy myślę o krzewieniu kultury i myśli chrześcijańskiej na przykładzie tych świąt, moja wyobraźnia sięga do wspomnień z dzieciństwa. Dlaczego ja dzisiaj zauważam brak Jezusa w moim otoczeniu? Dlaczego bombki, choinki (choć symbolika strojenia tego drzewka nawiązuje do biblijnego raju i życia, które daje Chrystus, ale kto by tam się na tym skupiał), bałwanki, światełka mi nie wystarczają?

Bo moi dziadkowie i rodzice zaszczepili mi w dzieciństwie to wspaniałe przesłanie, które stało się osią mojego świętowania. Nigdy nie zapomnę, jak babcia śpiewała mi kolędę „Najświętsza Panienka po świecie chodziła”, a potem za każdym razem tłumaczyła mi ją z wielką fascynacją. Czułem wtedy, jakby ktoś opowiadał mi najważniejszą historię świata. I w sumie tak było! Pamiętam na jej ścianie taki symboliczny plakat przedstawiający wydarzenia z narodzin Jezusa. Kiedy ledwo sięgałem głową nad stół, wyjaśniała mi każdy obrazek na plakacie.

Szybko więc zrozumiałem, po co te całe święta, te przygotowania, potrawy, prezenty, choinka i cała reszta. A moja rosnąca świadomość wraz ze wzrostem kości wynikała z autentycznego przeżywania moich rodziców i dziadków. Z naturalnego łączenia tego, co ziemskie, z tym, co boskie. Kiedy co roku ucierałem ciasto na babkę, babcia nie przepuszczała okazji, by wszczepiać we mnie prawdę o przyjściu Boga na świat.
I, uwierzcie, nie chodzi o infantylne: „Powinniśmy się modlić, powinniśmy chodzić do kościoła, powinniśmy to i tamto, bo ja nie to…”. To była opowieść o Miłości, jakiej nie znajdziesz nigdzie. A życie codzienne moich bliskich pokazywało sens tej miłości.

Świat i nasze serca nie zniosą próżni. Jeśli w nich nie będzie Boga, znajdzie się coś innego, co zastąpi miejsce Boga. Misja chrześcijańskich rodzin jest więc klarowna i wyraźna. Nie tyle nie pozwólmy na wyrugowanie Boga z jego własnych narodzin, co pokazujmy, jak fantastycznie jest świętować przyjście Jezusa na Ziemię. Co ono za sobą niesie u nas – autentyczną miłość, niesłabnące dobro, energię do życia i pełnię radości, jakiej nie znajdzie człowiek w żadnej innej rzeczywistości.

MR

Nasi partnerzy