Łk 4,21–30
„Co z niego wyrosło” – zastanawiają się oglądający album ze zdjęciami z dzieciństwa. Podobne uczucia mogli mieć słuchający Jezusa w synagodze nazareńskiej. Człowieka nie można ograniczać tylko do wspomnień z dzieciństwa, ale należy go przyjmować takim, jakim jest. Każdy z nas ma swoje powołanie i do niego dorasta. Bywają powołania trudne – tak, jak powołanie Jeremiasza.

Bóg mówi do niego, że miał dla niego swój plan, zanim jeszcze Jeremiasz się narodził: „zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, poświęciłem cię, nim przyszedłeś na świat, ustanowiłem cię prorokiem dla narodów”. Trudne to było powołanie. Miał iść do swoich, żeby w Imię Boże mówić im rzeczy, które się im wcale nie spodobają.
Bóg jednak, dając powołanie, nie zostawia człowieka samego. Jeremiaszowi obiecuje siłę, która pozwoli mu dobrze wypełnić powierzone zadanie. Tak jest z każdym powołaniem: Bóg dając je, daje również środki do jego wypełnienia. Kto wypełnia swoje powołanie – jest szczęśliwy; kto zaś próbuje robić coś z życiem na własną rękę i nie próbuje odnaleźć swojego powołania – podobny jest do człowieka, który jako drwal, mając do dyspozycji tylko piłę mechaniczną, próbuje zostać chirurgiem.

W poszukiwaniu powołania ważne jest jeszcze jedno: wspólne powołanie, które Bóg dał każdemu człowiekowi – powołanie do miłości. Każdemu dał uzdolnienie do kochania, bo każdy ma serce. Oczywiście, inaczej to powołanie do miłości będzie realizował zakonnik czy zakonnica – oni mają całym sercem kochać tylko Boga, a inaczej małżonkowie – oni mają miłość do Boga zobaczyć w miłości drugiego człowieka, ale jeśli nie dorosnę do miłości, to marny ze mnie będzie człowiek.