Camino, czyli przygoda dla każdego

  • Napisany przez:

Już we wrześniu w diecezji świdnickiej odbędzie się podróż Sowiogórską drogą Św. Jakuba. W związku z tym zapraszamy do zapoznania się z artykułem Elżbiety Skolimowskiej, podróżniczki, miłośniczki natury, człowieka doszukującego się dobra we wszystkim i we wszystkich. O sobie mówi, jak mogę pomóc – pomagam. Lubi rozmawiać z ludźmi, uwielbia kontakt z dziećmi, lepsze niż oglądanie telewizji jest dla niej pójście na łąkę i oglądnie robaczków. Zwykły – niezwykły człowiek, który kocha obserwować to, co dał nam Bóg i żyje jakby świat nie miał dla niej granic. Camino, czyli przygoda dla każdego.

Camino… Buen camino… Camino de Santiago… Jakże zagadkowe, a jednocześnie jak proste określenia. Camino – droga… Buen camino – dobrej drogi… Camino de Santiago – droga do Santiago…
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam CAMINO, nie bardzo wiedziałam co to jest. Wprawdzie spotkałam się wcześniej z określeniem ,,szlak Świętego Jakuba”, ale moja wiedza kończyła się na tym, że jest to szlak, który prowadzi do Santiago de Compostela ( do grobu Świętego Jakuba Większego – jednego z apostołów ) oraz, że symbolem tego szlaku jest muszla. Taka muszla znajduje się w okolicach mojego domu, a więc tędy przechodzi taki szlak.
Jak wiele osób, w Nowy Rok, czynię plany noworoczne. Rok 2021 niósł w moim życiu spore zmiany ponieważ kończyłam pracę.
,,I co będziesz robiła jak już będziesz na emeryturze?” – Takie pytanie zadała mi moja córka. – ,,Może poszłabyś na camino.. do Santiago?”
To była propozycja nie do odrzucenia. Skoro robię dziesiątki kilometrów w Polsce po lasach, po górach, po łąkach. To… dlaczego nie miałabym przy okazji zwiedzić kawałek świata…poznać ciekawych ludzi…poznać obyczaje innego kraju… Od tego momentu w mojej głowie zaczęły plątać się myśli, marzenia i plany.
Podeszłam do tematu bardzo, bardzo poważnie. Już od następnego dnia zaczęłam, niezależnie od pogody, chodzić na kijkach. Zaczęłam przeglądać w internecie strony, które opisywały czym jest camino, które gromadziły ludzi, którzy przeszli szlak Świętego Jakuba na różnych odcinkach i w różnych warunkach. Ważne było wszystko. Wszystko było nowe. Kiedy chodziłam w okolicach domu brałam malutki plecak, w którym miałam najbardziej potrzebne rzeczy. Zawsze miałam przy sobie nóż…zawsze coś do wzniecenia ognia…zawsze coś wysokoenergetycznego (najczęściej czekolada)…zawsze latarka i oczywiście woda. Na camino musiałam zabrać znacznie więcej rzeczy. Zaplanowałam także, że pójdę z namiotem i będę sypiała pod gołym niebem.
W lutym postanowiłam przejść dłuższą trasę z obciążeniem, żeby zobaczyć co na to mój organizm. Tak więc ze Lwówka Śląskiego, gdzie mieszkam, poszłam do Zielonej Góry, aby złożyć życzenia urodzinowe mojej córce. To było około 120 km. Sypiałam w zarezerwowanych wcześniej hostelach.  Niestety! O tej porze roku niemożliwe było wędrowanie z namiotem.
Sprawdziłam się i wiedziałam, że nic mnie już nie powstrzyma przed spełnieniem mojego marzenia. Zaczęłam także uczyć się ważnych zwrotów i słówek hiszpańskich.
Taki był początek przygody z moim Camino.
Przygotowania w tym roku były zupełnie inne. Widziałam już na czym fizycznie polega cała wędrówka. Potrafiłam poruszać się i potrafiłam rozpoznawać znaki. Czasami trzeba umieć dokładnie odczytać którędy iść. Inaczej ułożona muszla pokazuje zupełnie inny kierunek (tak zdarzało się w Galicji).
Tak jak w pierwszym camino były obawy na początku (w ciągu pierwszych dni), że zgubię trasę, że pójdę nie tędy, gdzie potrzeba, że zabłądzę…tak później i w tegorocznym camino, nie było takich myśli. Wiedziałam, że idąc na zachód, wcześniej czy później i tak zawsze dojdę do Santiago.
Camino, to nie tylko droga, którą pokonuje się nogami. Camino, to droga naszego życia…  Droga pełna przemyśleń, refleksji, wspomnień i powrotów do sytuacji, które zdarzyły się od dzieciństwa, po czas obecny…Tym było camino dla mnie.
Każdy swoje camino przeżywa inaczej… każdy odbiera inaczej…każdy z innych pobudek idzie na camino…
Camino to poszukiwanie prawdy… jednoczenie się z naturą… dla wielu pojednanie się z Bogiem…dla wielu po prostu wędrówka i przygoda…
W ubiegłym roku pierwsze kilometry pokonałam w towarzystwie Dunki Dorothy. Pamiętam, że trudno nam było rozmawiać, bo ona nie znała języków, którymi ja operowałam, a ja tych, którymi ona… Ale przy pomocy translatora przekazała mi bardzo ważną wiadomość.  Wiedziała, że idę na pierwsze camino. Powiedziała, że będzie ono najpiękniejsze, najwspanialsze i najbardziej nieoczekiwane. Wszystko będzie nowe i wszystko będzie pierwsze. Żadne następne camino nie będzie takie samo… Ale…  Jeżeli już raz pójdę tą drogą, to będę tu wciąż wracała… Wtedy nie rozumiałam jeszcze może tego. Dziś, po drugim camino, wiem i rozumiem o czym mówiła Dorothy.
To, co się tu przeżywa… ludzie, których się tutaj spotyka…sytuacje, jakie tu się zdarzają…są cudowne… Idąc camino mamy zawsze świadomość, że ktoś, kto idzie przed nami i będzie potrzebował pomocy, dostanie ją od nas. My możemy liczyć na tego, kto idzie za nami… Peregrinos (pielgrzymi), to jedna wielka rodzina…
Nieważne skąd idziesz… nieważne z jakiego jesteś kraju…nieważne jakim posługujesz się językiem… zawsze jesteś wśród swoich…
Moje camino pokonywałam w pojedynkę. Szłam sama fizycznie, ale to nie znaczy, że byłam sama…że byłam samotna.
Wędrówkę opisywałam na FB, na grupie ,,Z wiatrem i pod wiatr”- w ubiegłym roku; natomiast w tym roku na blogu ,,Ela Skolimowska – Z wiatrem i pod wiatr”. Pisałam tam dziennik, w którym opisywałam moje przeżycia wewnętrzne, sytuacje jakie mi się przydarzyły ( np. to, że omal nie spadłam z klifu w kipiel wodną )… Opisywałam miejsca, które odwiedziłam, po to, aby Ci, którzy nie mogą pójść na camino, mogli zobaczyć i przeżyć chociaż namiastkę tego, co ja. Namiastkę, bo tak naprawdę, żadne słowa ani żadne zdjęcia nie przekażą tego, co widzi się i czuję idąc camino.
Bezkresny ocean oglądany z urwiska skalnego klifu…piękne łodzie z białymi żaglami tańczące na falach…horyzont, gdzie niebo pocałunki śle granatowej wodzie… Jak to opisać?…
Góry jak z bajki…z wierzchołkami w białych chmurnych czapach…ogromne przestrzenie, które trudno ogarnąć okiem… Konie, na wierzchołkach gór porośniętych skąpo trawą zdobioną krokusami…  Jak to opisać?
A nad to wszystko siła jakaś, która przyciąga…która mimo trudności pcha do przodu…która patrzeć każe tam, gdzie najpiękniejsze malują się obrazy… Jak to opisać?
Doping czytelników owych dzienników, ich dobre słowa i serca, które codziennie mi ofiarowali i ich obecność każdego dnia w mojej wędrówce, były dla mnie niesamowicie ważne. To skrzydła, które mnie niosły, które w trudnych chwilach podnosiły mnie i popychały do przodu.
Idąc camino niosłam intencje. Tak, jak każdy pielgrzym drogę swoją, wszystkie trudy tej drogi, ofiarowałam za spełnienie tych intencji. Były one ważne nie tylko dla mnie, ale także dla moich bliskich. Chodź od pewnego czasu pogubiłam się w wierze, modliłam się i szukam prawdy.
O czymkolwiek tu napisałam i cokolwiek tu ujęłam, to było to moje camino. Jeśli ktoś tak naprawdę chce przeżyć i poczuć to, co czują pielgrzymi, musi obuć buty, założyć plecak i ruszyć na camino… Na jakiekolwiek camino… Na szlak Świętego Jakuba w Polsce, w Portugalii, w Hiszpanii…gdzie jest jakiś cel, gdzie jest jakaś potrzeba… Gdzie jest możliwość pojednania się z naturą, z Bogiem… Gdzie jest możliwość spełnienia się i sprawdzenia.  Myślę że każdy, kto lubi wędrować znajdzie tu swoje cudowne camino.

Elżbieta Skolimowska

Nasi partnerzy