Idąc drogą serca, pomagamy innym

Rozmawiamy z Iwoną Rychlik – nauczycielką fizyki, wicedyrektorką jednej z wałbrzyskich szkół zawodowych, urzędniczką wydziału oświaty w Wałbrzychu, założycielką Klubu Ośmiu w Wałbrzychu. To kobieta niezłomna, działaczka społeczna, człowiek o dobrym i czystym sercu, z poczuciem misji i wiary w to, że świat może być piękniejszy. Dzięki nam – niedoskonałym ludziom wspólnie działającym w jedności i czystości serca Chrystusa – naszego Mistrza.

Przeszła pani udar. Prosze opowiedzieć o jego okolicznościach.

To się stało w nocy. Spałam. Nawet nie pamiętam, jakie były dni wcześniejsze, czy były uciążliwe jeśli chodzi o stres. Nie wiem, po prostu obudziłam się w nocy i potrzebowałam wyjść do toalety. Wtedy się przewróciłam. Lewa noga nie funkcjonowała i dopiero rano syn mnie znalazł, jak leżałam przy tapczanie. Zadzwonił po pogotowie i karetka zabrała mnie do szpitala.

To było w grudniu 2017 roku, zaraz po Świętach Bożego Narodzenia. Wtedy Pani z zawsze aktywnej i pełnej wigoru osoby, takiej o wielu pomysłach, stała się bardzo ograniczona. Może gdyby szybciej nadeszła pomoc, a potem rehabilitacja, lepsze byłyby rokowania?

Może tak. Teraz mam nieczynną lewą. Myślę, sobie: dobrze, że tylko tyle. Teraz nie umiem sobie znaleźć miejsca. To jest najtrudniejsze. Po okresie chorobowym i rehabilitacji przeszłam na emeryturę. Urlopu w pracy już nie miałam, więc się zwolniłam, a żeby się zwolnić, musiałam z czegoś żyć. Dobrze, że wcześniej zorganizowałam sobie starość pod kątem finansowym. Jestem emerytem nauczycielskim.

Uczyła Pani fizyki, którą, co ciekawe, polubiła Pani dopiero w liceum. Dlaczego to taki  fantastyczny przedmiot?

Matematyka szła mi bardzo dobrze. Miałam ostrą nauczycielkę w liceum, ale przynajmniej dobrze uczyła. Skoro mnie nauczyła, to musiała dobrze uczyć! Był też profesor fizyki, który mi się po prostu podobał. A ja uważam, że człowiek jest ważny, a to, czy uczy i czego uczy, jest mało istotne. On był wspaniałym człowiekiem. I tak się stało że wylądowałam na Uniwersytecie Wrocławskim. Na fizyce doświadczalnej. Żałuję, że nie podjęłam drugiego kierunku – filozofii. Teraz mi jej brakuje, przy moich takich różnych rozważaniach. Fizyki uczyłam w podstawówce w Głogowie. Później zostałam zastępcą dyrektora szkoły z trudną młodzieżą. Przy Młynarskiej w Wałbrzychu była taka szkoła dla pracujących, blisko kościoła.

I tak zaczęła się Pani przygoda z młodymi gniewnymi – z poprawczaka, po wyrokach, z burzliwą przeszłością i niełatwą teraźniejszością. Podczas wielu lat doświadczeń, różnych sytuacji w osobistym kontakcie z nimi, zrozumiała Pani, gdzie mocniej bije Pani  serce.

Rozpoczęłam nieoficjalną przygodę wolontariatu na rzecz rozwoju młodych z problemami. Zanim całkowicie zajęłam się wolontariatem, zaczęłam bacznie obserwować uczniów. Dużo z nimi rozmawiałam. Ja lubiłam ich, a oni mnie. Widziałam w nich ludzi. A że byłam wicedyrektorem, miałam właśnie na kontakt z uczniami dużo więcej czasu. Sprawy nauczycielskie mi się trochę poukładały. Zaczęliśmy budować, ale nie wolontariat, lecz Zespół Obrońców Praw Ucznia. Łobuziaki, w tym tacy z kryminału, byli różnie traktowani przez nauczycieli, czego nie można było w tamtych czasach tak bezpośrednio i oficjalnie na radach pedagogicznych lub w indywidualnych rozmowach poruszać. Mimo prób podejmowania dialogu i szkoleń, nauczyciel i tak wiedział swoje. W zasadzie prośba o pomoc w kontakcie z gremium nauczycielskim wyszła chyba od uczniów. Niby potrzebowali jakiegoś specyficznego wsparcia. No to ja na to: Jakiego wsparcia? Przecież nikt za wami nie będzie chodził cały czas i dyktował wam, jak macie postępować. Zauważyłam, że oni są często zagubieni. No i okazało się, że faktycznie tak jest. Bali się, udawali groźniejszych niż byli w rzeczywistości. Wielu z nich, jak później z nimi rozmawiałam, potrzebowało po prostu, pomocy.  Nie mieli świadomości prawnej. Zaczęłam organizować spotkania z prawnikiem, spotkania w sądzie. Prosiłam o rozprawy.  Moi uczniowie to byli głównie chłopcy w wieku 16-20 lat i więcej. Byli przekonani, że skoro są uczniami, dotyczy ich prawo dziecka. Szkoła jest dla ucznia, a uczeń musi coś z siebie dać, żeby w niej funkcjonować. Dla nich szkoła to był warunek ominięcia więzienia. To ich dyscyplinowało. Pilnowali się, starali nie opuszczać zajęć, bo wtedy my jako szkoła musielibyśmy informować różne placówki. Przede wszystkim sąd.

Niełatwa to praca była. Oddała jej Pani całe swoje serce. Im bardziej poznawała Pani uczniów, tym bardziej ta praca pochłaniała. Czy gdyby nie piastowane stanowisko, mogłaby Pani tak wiele zrobić dla poszczególnych osób? Miałaby Pani związane ręce.

Owszem. Pamiętam jak dzisiaj taki obrazek: z piętra patrzę w dół, bo coś się dzieje, a tam się kilku chłopaków bije. Obok była biblioteka, otwierają się drzwi, wychodzi bibliotekarka i mówi do mnie:  “tylko nie schodź na dół”. A ja właśnie zeszłam prosto do tych łobuziaków. Mogłam oberwać. “A co pani tu robi, pani dyrektor?” – pytają. “Przyszłam was odwiedzić” – mówię i weszłam w środek. Wtedy się uspokoili. Mówię do jednego: “Jak masz jego uderzyć, to uderz mnie”. “ Nie, w życiu bym pani nie uderzył” – słyszę i pytam dlaczego. Tłumaczę, że to przecież też jest człowiek. “ A bo panią lubię” – odpowiedział chłopak.

Oni mnie lubili, a ja ich. Oni potrzebują serca, potrzebują wsparcia i wtedy do mnie dotarło, że to nie są źli ludzie. Narozrabiali, bo im ktoś nie powiedział, że w tym wieku mogą odpowiadać jako dorośli. Wystąpiliśmy do pewnej fundacji w Warszawie, dostaliśmy dofinansowanie na wyjazdowe szkolenia. Oni w takim czymś nie uczestniczyli nigdy. Ani w wycieczkach. Nic nie miały te dzieciaki. Był taki jeden Piotruś – notabene ze Świdnicy – chłopak miał szkołę zasadniczą. Przyszedł uczyć się na piekarza. Miał 20 lat, był pełnoletni, opiekował się całym swoim rodzeństwem, bo rodziców miał alkoholików, którzy wynosili wszystko z domu i nie karmili dzieci. Ten Piotrek szedł na noc do piekarni, piekł chleb i zawsze bochenek chleba świeżutki do domu zabierał. A my, jak dostawaliśmy różne dary z kościoła, to dawaliśmy uczniom.

Godziła Pani bez problemu życie zawodowe, któremu się oddawała z pasją, z życiem osobistym. Pani dzieci rosły, wykształciły się, ustatkowały. Nadchodził czas zmian. Szersze horyzonty. Co się wydarzyło?

Przyjechali z Moskwy wykładowcy. Zaprosili na chór. Oprócz wolontariatu prowadziłam jeszcze Festiwal Nauki. Byłam koordynatorem w Wałbrzychu. Bardzo to lubiłam. Kontakt z naukowcami to super sprawa. Człowiek miał inne spojrzenie, poszerzał perspektywę widzenia świata, wychodząc poza utarte schematy.

W tym czasie wiceprezydentem od spraw oświaty był Henryk Gołębiewski. Wybitna postać. Zakładał PWSZ w Wałbrzychu. Był na spotkaniu rektorów, gdzie mówiono o Festiwalu. Tam decydowali, gdzie to się odbędzie. Wrocław, Jelenia Góra, a Gołębiewski mówi: a czemu nie w Wałbrzychu? Znał młodzież, a ja wtedy przyszłam do pracy w urzędzie. Zauważył mnie. W tym samym czasie jak on ten Festiwal omawiał, wyrażono zgodę na Wałbrzych. Tylko była potrzeba koordynatora. Wybrał mnie. Wcześniej przyszło zaproszenie z “Fundacji Świat na Tak” z Warszawy, żeby miasto wzięło udział w konkursie wolontariackim. Napisaliśmy program, dostaliśmy dofinansowanie z “Fundacji dzieci i młodzieży”. Marek Michalak, późniejszy Rzecznik Praw Dziecka, poparł nas. Współpracował z nami i obiecał pomoc. Dostaliśmy duże dofinansowanie, kilkakrotnie wyjechaliśmy na szkolenie do Karpacza. Potrzebowałam psychologów, prawnika. Szkoliliśmy się, bywaliśmy w Karpaczu, w Walimiu.

Tak to się zaczęło – wolontariat ruszył na całego. Prawnik przychodził do szkoły, odbywały się rozprawy sądowe, rozmowy z sędziami. Wykluczeni społecznie zaczęli stawiać pierwsze kroki na drodze ku godności. Przyszedł czas na szerszą współpracę między szkołami. I tu do głosu został dopuszczony Dolnośląski Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli.

Poprosiłam wszystkich dyrektorów na spotkanie, które prowadziła przedstawicielka DODN. Przedstawiłam dane, które do takiej reformy są potrzebne i liczbę uczniów. Zrobiliśmy ankietę w szkołach podstawowych, w klasach wychodzących – czym się interesują, gdzie mniej więcej chcieliby się dalej uczyć. Potem przeprowadziliśmy drugą ankietę w szkołach średnich –  ile osób kończy szkołę z sukcesem. Byli przedstawiciele z Biura Pracy, każdy miał czas się wypowiedzieć, podać swoje przemyślenia, swoje dane i sprawę załatwiliśmy. Podałam informacje, ilu uczniów i ile szkół jest w Wałbrzychu. Podałam dane procentowe, także liczbę uczniów przychodzących z okolicy. Wyszło, że 2 szkoły zawodowe trzeba zlikwidować. Również zorganizowałam wyjazd, bo ludzie się wtedy przybliżają, integrują. Podzieliłam uczniów na grupy, tak żeby pomieszać licea z zawodówkami. No i zaczęli pracować. Dzięki temu, spokojnie, bez problemów szkoły zawodowe zostały zlikwidowane, a uczniowie zintegrowali się.

Później pojechałam do Warszawy do “Fundacji Świat na Tak”. Prezesem fundacji była Joanna Fabisiak, a dyrektorem Karolina Malczyk. Super dziewczyna. Jej osobowość zadziałała na mnie. Zrobili w Warszawie szkolenie dla takich osób jak ja, które chcą się zajmować wolontariatem w swoim mieście. Wolontariat nie różnił się niczym szczególnym od innych, tylko miał konkretną strukturę. Zakłada budowanie wartości.

Fundacja Świat na Tak. Każdy kto w niej działa, buduje swoje korzenie. Dzieci, które biorą udział w wolontariacie, są osadzone, wiedzą, skąd pochodzą, mają świadomość misji. Do tego się dąży. Struktura pozwala na rozszerzone działania i daje poczucie bezpieczeństwa. Każdy siebie zna. Nikt nie jest “no-name”. Pomagają sobie wzajemnie i rozwijają swoje talenty, pracują nad słabościami.

Poprosiłam, aby przyprowadzili ludzi chętnych poprowadzić wolontariat w swoim mieście. Przyszli. Pojawiła się Magda Kołodziejczyk – psycholog, była bardzo energiczna.  W naszej książce miała swój udział. Organizowałam spotkania szkoleniowe, nawet w sobotę i niedzielę. Miałam znajomą śp. Jolantę Znamirowską – dyrektorkę Zespołu Szkół Integracyjnych w Wałbrzychu – kolejny wspaniały człowiek. Taka otwarta, chętna do pomocy. Przyprowadziła nauczycieli, którzy się wciągnęli. Roman Głód, dyrektor Zespołu Szkół Energetycznych w Wałbrzychu, zapalił się równie mocno. M.in. angażując się w organizację ogólnopolskiego finału w czerwcu 2010 roku, na którym wybierano najlepszych wolontariuszy z całej Polski. Zaczęliśmy poważną pracę. Każda szkoła miała swojego reprezentanta. Za Sudetami była odzieżówka, tam uczyły się dzieci w kilku turach. Współpracowałyśmy cały czas. Jak była powódź na naszych terenach, Rada Miejska w Warszawie sfinansowała wyjazd wycieczkowy 35 dzieci z terenów zalanych: Głuszycy, Strugi, Świebodzic. Na wniosek fundacji dostałam wtedy medal Komisji Edukacji Narodowej i statuetkę.

A Szkolne Kluby Ośmiu? Jak one funkcjonowały?

Był to program wychowawczy bazujący na miłości. Na doskonaleniu zalet i pracą nad wadami. Przybliżę krótką historię Samorządowego Konkursu Nastolatków „Ośmiu Wspaniałych”, którego przesłanie dało początek działalności klubów w szkołach. Jesienią 1993 roku ruszyła pierwsza edycja konkursu, którego ideową inspiracją był znany western „Siedmiu wspaniałych”. W nim siedmiu zwyczajnych facetów wypowiada walkę dyktatowi zła w małym meksykańskim miasteczku i ostatecznie wygrywa nierówną walkę. Konkurs stał się swoistą zachętą dla młodych ludzi, by w podobny sposób przeciwstawiali się uzależnieniom, przemocy i egoizmowi w swoim środowisku szkolnym, koleżeńskim, rodzinnym. Kierując się tym przesłaniem, młodzież zaczęła podejmować liczne inicjatywy prospołeczne, które doprowadziły do powstania w 1998 roku “Fundacji Świat na Tak”.

Po co zatem te kluby?

By ktoś pomagał komuś wyjść z psem, ktoś inny przynosił węgiel, zrobił zakupy, posprzątał, pobawił się z dziećmi, ugotował posiłek, zrobił pranie. Ważne, by ze sobą współgrać. Młodzież uczy się w ten sposób odpowiedzialności, a takie zachowania kształtują jedność w grupie. Pamiętam finał ogólnopolski “Ośmiu wspaniałych”. Byliśmy w Częstochowie, Gdańsku, Gdyni, Ostródzie, Przemyślu i Wrocławiu. Spotykaliśmy się wszyscy. Dzieciaki świetnie się bawiły bez alkoholu, papierosów. Dla młodszych powstał konkurs „Ósemeczka”. Uczestniczą w nim dzieci w wieku 10-13 lat, zaś w „Ósemce” młodzież w wieku 14-20 lat. W Wałbrzychu kluby działają również w przedszkolach.

Organizowaliśmy również wigilię dla wolontariuszy w Rynku, przychodzili wszyscy, również ci z MOPS -u. Gotowano nam barszcz, bigos. Zaprosiłam Karolinę, ona była prowadzącą, śpiewała kolędy. Prorektor Piątkowska z PWSZ przybyła również na wigilię z chmarą studentów – musiała być lubiana, skoro przyszli z nią. Włączyli się w te nasze działania. Wprowadziliśmy taki zwyczaj. Sianko, pierniczki – pięknie pachniało, pięknie brzmiało. Tęsknię za tym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nasi partnerzy