Wyleczył mnie z marudzenia

Gdy poznałem Łukasza, przez kilka dni chodziłem jak zamroczony. Musiałem przetrawić to, co usłyszałem i zobaczyłem.

Wstaję rano, witam się z żoną, która patrzy na mnie jak w dniu ślubu. Do naszego łóżka przybiega radosna zdrowa córeczka. Wszyscy chwilę później jemy śniadanie w naszych czterech kątach. Po chwili żegnam ukochane dziewczyny i idę do pracy, którą bardzo lubię, a która zarazem jest moją pasją. W niej spotykam bardzo wartościowe osoby. Rozwijam się i pomagam też innym. Codziennie przeżywam coś innego. Realizuję swoje hobby. Mam też wokół sporo przychylnych mi osób. Nawet bardzo dobrze dogaduję się z teściami!

Oczywiście, jak każdego człowieka, nie omijają mnie problemy. Nie są one jednak wagi tragedii. Klasyczne – pieniędzy mogłoby być więcej, samochód psuje się regularnie, trzeba wyrwać ósemki, bo źle się wyżęły. A tu się trafiła grypa, a tu rękę złamałem. Zgubiłem ulubioną czapkę. Z kimś się nie dogaduję. Sąsiedzi trochę poimprezowali i ciężko było zasnąć. Jakiś kot zarysował mi maskę auta. Córka biegała z jedzeniem po domu i wylądowało ono na ścianach i meblach. Kran się popsuł. Czemu znowu jest taka ohydna pogoda?

Czyli zawsze można ponarzekać. Zawsze. Nawet jak jest naprawdę dobrze, znajdzie się powód do marudzenia. Nawet jak jest lepiej, to można utyskiwać na to „lepiej”. Czasem wydaje mi się, że łatwo być malkontentem, a trudniej takim urodzonym wesołkiem w pozytywnym sensie tego słowa. Może, jak mówi klasyk, taki mamy w Polsce klimat?

Ale pewnego dnia przychodzę jako dziennikarz do Łukasza. Chcę opisać jego historię, bo słyszałem, że jest naprawdę nietuzinkowa. Tak też zrobiłem, a potem przez kilka dni nie mogłem dość do siebie. Ten człowiek dał mi do myślenia.

Bo Łukasz jest nieuleczalnie chory i… nieuleczalnie szczęśliwy. Ma 35 lat i od 16 lat cierpi na stwardnienie rozsiane. Z dnia na dzień choroba odbiera mu siły a dodaje ograniczenia. Teraz ledwo chodzi i właściwie większość życia siedzi przy biurku na krześle. Nigdzie nie wychodzi ze swojego małego mieszkanka. „Przechlapane” prawda?

No właśnie nieprawda. Bo Łukasz jest jedną z najradośniejszych osób, które poznałem. W 10 sekund wymienię 10 powodów, dla których mógłby sobie ponarzekać i to w sposób uzasadniony. Ale od niego nie usłyszycie marudzenia.

Łukasz dzięki chorobie (tak, wiem, dziwnie to brzmi) poznał wspaniałą kobietę, która stała się jego żoną. Później dała mu zdrowego potomka – syna Jana. W międzyczasie Łukasz skończył dwa kierunki studiów, przebranżowił się i teraz pracuje w wymarzonej branży – jako programista. I, podobnie do mnie, świetnie dogaduje się z teściową!

Od lat modli się o upragnione uzdrowienie, ale oni nie przychodzi. Natomiast widzi, że Bóg uzdrawia nie jego ciało, lecz duszę z wielu pokus, przywar i grzechów, które nią targają. Ten mężczyzna, zupełnie świadomy swojej sytuacji, wyciska z życia najlepsze soki. A na pierwszy rzut oka? No przykuty do krzesła chory człowiek. I w dodatku bardzo młody. Co go może pięknego spotkać?

Wiele. Łukasz powierzył swoje życie Maryi, często modli się na różańcu, jest ambasadorem Nowenny Pompejańskiej. Nie odmawia jej jako listy życzeń do Pana Boga. Modli się po prostu z nadzieją.

Ten człowiek leczy mnie skutecznie z narzekactwa, marudzenia, biadolenia, jak to ciągle coś nie tak. Nie mówię, że jestem taki aż straszny maruda, ale zdarzało mi się regularnie patrzeć na świat w ciemnych barwach.

I zapewniam, że nie chodzi o motywację w stylu – „nie łam się, jest ktoś, kto ma gorzej”. Łukasz pokazał mi, że w życiu Pan Bóg nam błogosławi na wiele sposobów, tylko my byśmy często chcieli jeszcze więcej tych ziemskich dóbr i nie doceniamy (nie zauważamy) tego, czym nas obdarza do tej pory. Przyjmujemy to za normę, którą ciągle trzeba przekraczać.

A wystarczy, że coś stracimy. Oj, jak wcześniej było dobrze…

Poznaj Łukasz bliżej. Prowadzi świetnego bloga. www.zycie-na-krzesle.pl.

Nasi partnerzy