Nocna prohibicja wkraca do Warszawy – zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach od godziny 23:00 do 6:00 rano dotyczy dzielnicy Środmieście i Pragi Północ. I chociaż cel jest teoretycznie szczytny – mniej hałasu, mniej bójek, mniej „alkobud” – to środki znowu uderzają w tych, którzy nie są winni, czyli… w zwykłych ludzi i małych przedsiębiorców.
Nocna prohibicja (nie tylko) w Warszawie. Po 23 alkohol już tylko dla bogatych
Samorządy pod pretekstem walki z alkoholem wzmacniają restauratorów kosztów handlowców
Warszawa po raz kolejny sięga po sprawdzoną – a raczej sprawdzoną i nieskuteczną – receptę z podręcznika państwa opiekuńczego. Mowa o nocnej prohibicji, czyli zakazie sprzedaży alkoholu w sklepach i na stacjach benzynowych w godzinach nocnych, zazwyczaj od 22:00 lub 23:00 do 6:00 rano. Choć celem jest ograniczenie problemów społecznych – od hałasów, przez bójki, po interwencje policyjne i obciążenie izb przyjęć – to efekt może być dokładnie odwrotny.
Z perspektywy konserwatywnej – czyli tej, która ceni wolność jednostki, odpowiedzialność osobistą i ograniczoną rolę państwa – decyzja warszawskich radnych budzi wiele zastrzeżeń.
Kościół, klastry, kapitał. Jerzy Mosoń: „To recepta na odrodzenie polskich regionów” [TYLKO U NAS]
Nocna prohibicja (nie tylko) w Warszawie. Po 23 alkohol już tylko dla bogatych
Wrócą meliny i przemyt alkoholu
Choć inicjatorzy pomysłu próbują przedstawić go jako nowoczesną odpowiedź na problemy społeczne, nocna prohibicja ma więcej wspólnego z realiami PRL niż z państwem XXI wieku. W tamtych czasach też walczono z alkoholem – poprzez ograniczenia, kartki, wyznaczanie godzin sprzedaży i kontrolę obywateli. Skutek? Alkohol nadal lał się strumieniami, tylko że z melin, od sąsiada spod czwórki albo z bagażnika starego Poloneza. Alkoholizm był powszechny, szara strefa kwitła, a państwo – mimo ogromnych wysiłków – nie potrafiło rozwiązać problemu.
Dzisiejsze zakazy nie różnią się wiele. Gdy sklepy zostaną zamknięte, pojawią się alternatywne kanały dostaw: prywatne dostawy na telefon, sprzedaż nielegalna, a może nawet klasyczne PRL-owskie meliny. Warszawa, zamiast stać się „miastem ciszy i porządku”, może stać się stolicą kreatywnego obchodzenia zakazów.
Nocna prohibicja to cios w małych przedsiębiorców. W Warszawie funkcjonuje około 3000 punktów sprzedaży alkoholu – wiele z nich to sklepy osiedlowe, często prowadzone przez rodziny, które walczą o przetrwanie w konkurencji z wielkimi sieciami. Dla nich wieczorna sprzedaż to nierzadko jedna trzecia dziennego obrotu. Zabranie tego przychodu może oznaczać konieczność redukcji zatrudnienia albo zamknięcia działalności.
Stracą również konsumenci – nie tylko ci, którzy chcą wypić coś z kumplem, ale też pracownicy zmianowi, samotne osoby starsze, klienci późno wracający z pracy. Zyskać mogą za to ci, którzy operują na granicy prawa – firmy oferujące „alkohol z dowozem”, nieformalne punkty sprzedaży czy właśnie wspomniane meliny. To recepta na rozkwit szarej strefy, która szybko rozwinie także „alternatywne kierunki importu” – czyli przemyt i własną produkcję wątpliwej jakości alkoholu.
35 tys. osób rocznie umiera w Polsce z powodu alkoholu
Nocna prohibicja (nie tylko) w Warszawie. Po 23 alkohol już tylko dla bogatych
Prohibicja uderza w polskich przedsiębiorców
Nocna prohibicja uderza nie w tych, którzy rzeczywiście nadużywają alkoholu i generują problemy społeczne, lecz w tych, którzy prowadzą małe sklepy. Supermarkety i dyskonty (w większości zagraniczne sieci) o tej porze są zamknięte – a zakup wina czy piwa w lokalnym sklepie zwykle oznacza także jakieś inne drobne sprawunki spożywcze. To dla małych sklepów kwestia być lub nie być. Zakładanie, że każda nocna sprzedaż alkoholu kończy się awanturą, to mentalność zbiorowej odpowiedzialności, która nie ma miejsca w społeczeństwie wolnych ludzi. Jak pisał Thomas Sowell – „Nie ma rozwiązań, są tylko kompromisy.” A ten kompromis kosztuje zbyt wiele.
Warto zaznaczyć, że restauracje i puby będą mogły nadal sprzedawać alkohol. To oznacza, że ktoś, kto ma pieniądze, może dalej pić nocą, ale ten, kto wybiera tańszą butelkę w sklepie, zostanie objęty zakazem. Gdzie tu sprawiedliwość? Zamiast promować odpowiedzialność i równość wobec prawa, mamy selektywną wolność opartą o zasobność portfela. Kieliszek wina (100 ml) w warszawskim lokalu kosztuje około 25 zł lub więcej, nawet jeśli barman naleje go z butelki (750 ml) którą można było przed godz. 22 kupić w sklepie obok za mniej niż 50 zł. Innymi słowy alkholol po godz. 23 w Warszawie będzie nadal dostępny w każdych ilościach, jeśli tylko ma się odpowiedno zasobny portfel.
A przecież Warszawa niby walczy z alkoholizmem. Najwyraźniej tak walczy, żeby ani restauratorom ani ich ich zamożnym klientom krzywdy nie zrobić, zapominając, że alkoholizm to także problem ludzi bogatych.
W dodatku warszawska nocna prohibicja ma charakter dzielnicowy. Co oznacza, że chętny będzie mógł przejść na drugą stronę ulicy, gdzie nocna prohibicja nie obowiązuje i kupić co zechce.
Prawo do płatnej opieki nad chorym psem. Chce tego co trzeci Polak
Nocna prohibicja (nie tylko) w Warszawie. Przedsiębiorcy upadną, szara strefa urośnie
Nocna Prohibicja? Amerykanie już przećwiczyli już całodobową
Jeśli ktoś potrzebuje historycznego ostrzeżenia, nie trzeba szukać dalej niż Stany Zjednoczone lat 20. XX wieku. W latach 1920–1933 wprowadzono tam całkowitą prohibicję – zakaz produkcji, transportu i sprzedaży alkoholu. Efekt? Eksplozja przestępczości zorganizowanej, rozwój nielegalnych barów (speakeasy), przemyt, a także ogromne straty dla budżetu państwa z tytułu utraconych podatków. Spożycie alkoholu wcale nie spadło – zmieniły się tylko kanały dystrybucji.
Gdy Ameryka w końcu się zreflektowała, potrzebna była zmiana konstytucji, by zakończyć tę porażkę. Dziś mało kto ma wątpliwości, że był to eksperyment, który zawiódł spektakularnie. A jednak, niemal sto lat później, w centrum Warszawy, politycy chcą powtarzać ten sam błąd – tylko że lokalnie i z uśmiechem na ustach.
Złoto w skarbcu NBP i w Biblii – duchowa i narodowa wartość kruszcu
Nocna prohibicja (nie tylko) w Warszawie. Po 23 alkohol już tylko dla bogatych
Kulturowe i religijne uwarunkowania relacji z psami
Alkoholizm to złożony problem społeczny i medyczny. Nie wynika z tego, że sklep jest otwarty o 23:00, lecz z braku edukacji, problemów psychicznych, braku wsparcia i – niestety – z wieloletnich zaniedbań państwa. Zamiast karać wszystkich obywateli, państwo powinno skupić się na leczeniu rzeczywistych przyczyn.
W tym kontekście bardziej konserwatywnym, a zarazem skutecznym podejściem byłoby zwiększenie kar za zakłócanie porządku publicznego po alkoholu, rozbudowanie programów edukacyjnych i profilaktycznych oraz rzeczywiste wsparcie dla osób uzależnionych. To nie godzina na zegarku, lecz konkretne zachowania powinny być podstawą do interwencji państwa.
Krzysztof Kotowicz: Nie ma alternatywy!
Nocna prohibicja (nie tylko) w Warszawie. Po 23 alkohol już tylko dla bogatych
Katolickie spojrzenie: Dusza nie uzdrowi się przez zakaz
Warto przypomnieć, że Kościół katolicki nigdy nie głosił całkowitej abstynencji jako normy moralnej – przeciwnie, uznaje umiarkowane spożycie alkoholu za moralnie dopuszczalne, pod warunkiem że nie prowadzi ono do grzechu, zgorszenia czy utraty kontroli nad sobą. Sam Chrystus przemienił wodę w wino podczas wesela w Kanie Galilejskiej (J 2,1–11), a św. Paweł zalecał Tymoteuszowi: „Nie pij już samej wody, ale używaj trochę wina ze względu na żołądek i częste twe słabości” (1 Tm 5,23).
Problemem nie jest alkohol, lecz nadużycie – i tu właśnie zaczyna się rola wychowania moralnego, nie państwowych zakazów.
Kościół w swoim nauczaniu – m.in. w Katechizmie Kościoła Katolickiego (nr 2290) – wskazuje jasno, że nadmierne spożycie alkoholu jest grzechem, ponieważ zagraża zdrowiu, bezpieczeństwu i relacjom społecznym. Ale nie mówi, że państwo ma zakazać wina – mówi, że człowiek ma kształtować swoje sumienie, by używać dóbr w sposób odpowiedzialny i cnotliwy.
Z perspektywy katolickiej i konserwatywnej – człowiek został stworzony jako istota wolna i odpowiedzialna. Przymus zewnętrzny może czasem ograniczyć dostęp do zła, ale nie czyni nikogo lepszym człowiekiem. Tylko praca nad sobą, łaska i formacja sumienia prowadzą do autentycznej przemiany.
Przypomina się tu słynne zdanie św. Jana Pawła II z encykliki Centesimus Annus:
„Społeczeństwo, które chce zabezpieczyć się tylko poprzez prawa i sankcje, stanie się społeczeństwem policyjnym.”
To mocne słowa – i trafne. Bo zakaz po 22:00 nie nauczy nikogo cnót wstrzemięźliwości, roztropności czy odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie – uczy kombinowania, obchodzenia przepisów i lekceważenia prawa. Zamiast tworzyć ludzi cnotliwych, tworzy obywateli nieufnych wobec państwa i jego instytucji.
Jeśli naprawdę chcemy walczyć z alkoholizmem – róbmy to tak, jak od lat robią to katolickie wspólnoty, ruchy trzeźwościowe, parafie i organizacje. Prowadzą one rekolekcje, grupy wsparcia, terapię duchową, pomoc rodzinom osób uzależnionych. Tego państwo nie zastąpi żadnym przepisem.
Dusza nie uzdrowi się przez zakaz, ale przez nawrócenie. I właśnie tu Kościół ma do odegrania wielką rolę – przypominać, że człowiek nie żyje po to, żeby pić, ale żeby kochać Boga, innych i siebie.
Kościoły i plebanie po powodzi 2024 r. Jak wygląda sytuacja w Diecezji Świdnickiej dzisiaj?
wAkcji24.pl | Ekonomia | MOK | Fot. Ideogram | 19.09.2025